Geo-ściema

Posted on 2011/03/10

0


W pewnym starym już całkiem żarcie Ekonomista, Prawnik oraz Wędkarz  spierali się, czy warto mieć kochankę.
Ekonomista:  Nie warto, trzeba kupować prezenty i dla żony, i dla kochanki – za drogo wychodzi.
Prawnik: Nie warto. Z prawnego punktu widzenia jest to nielegalne, w razie rozwodu żona wszystko zabiera…
Wędkarz:  Warto. Żona myśli, że jestem z kochanką, kochanka myśli, że jestem z żona, a ja mogę wyskoczyć z wędką nad staw.

Przepraszam wszystkich śledzących moje wybryki w serwisach: Foursquare i Facebook. Szczególnie przepraszam za kaskady logowań w różnych znacznie oddalonych od siebie miejscach, dopisywanie znajomych do miejsc, w których właśnie ich nie ma i tworzenie historii logowań, których nie było. Po co to wszystko? Prowadziłem „badania terenowe” nad wiarygodnością usług lokalizacyjnych. Trochę dla przyjemności, a po części z przekory.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych napisałem artykuł o tym, jak to cudownie będzie kiedyś móc skorzystać z telefonu, który połączy się z mijanym sklepem, i przedstawi  ofertę specjalną, dostosowaną do moich preferencji. Niestety, w Google nie znajdziemy tego tekstu, bo serwis ten właśnie raczkował, a szkoda, bo moglibyśmy pomasować organy wewnętrzne ruchami przepony – takie to odkrycia i przełomy w tym tekście zawarłem.  10 lat później Tom Cruise w „Raporcie mniejszości” był obiektem takiego właśnie marketingu – spersonalizowanego i geolokalizowanego. Minęły kolejne lata, lecz  na  razie nie widać, by takie usługi były powszechnością nawet w rozwiniętych krajach.  Kilka miesięcy temu przypadkowo wywołany do tablicy przez sympatyczną dziennikarkę znowu dałem się ponieść marzeniom i opowiadałem, co musi stać się, żeby jakaś usługa oparta o telefon komórkowy stała się popularna. Przy okazji wyrwało mi się, że „Duże możliwości daje też połączenie GPS z kamerą w komórce: – W popularnych platformach dla entuzjastów zdjęć – takich jak Flickr czy Picasa, ze zrobionego i przesłanego zdjęcia komórką jest odczytywany znacznik GPS. Dzięki temu takie zdjęcie ląduje na wirtualnej mapie dokładnie tam, gdzie zostało zrobione.”

Lecz nie samymi zdjęciami człowiek żyje. Już od dawna wydaje się, że ta nisza będzie przynosiła przychody w przyszłości, właśnie w oparciu o mechanizm kojarzenia preferencji użytkownika z fizyczną obecnością w pobliżu pubktu sprzedaży. Będzie, bo na razie w całej tej zabawie mnóstwo jest do poprawienia.

Moje prymitywne badania terenowe pokazały, że mający już ponad 7 milionów użytkowników Foursquare nie nadaje się nawet do tego, żeby śledzić – dajmy na to – niewiernych małżonków, a co dopiero precyzyjnie lokalizować użytkownika i proponować mu zakupy ze zniżką.

W trakcie moich „badań” udało ustalić się, że w serwisie Foursquare:

  1. Można zalogować się (właściwie – zadeklarować  obecność) w dowolnym punkcie na mapie, w którymkiedykolwiek byliśmy lub są albo byli nasi znajomi. mechanizm weryfikacji oparty o GPS działa tak chimerycznie, ze nawet mozna dostac punkty za zalogowanie się o kilkadziesiąt kilometrów dalej niż w rzeczywistości. Z drugiej strony mechanizm ten jest wyraźnie wyczulony na niektóre pozycje i  pozwala zalogować się z odległości dalszej niż kilkaset metrów, ale odmawia przyznania punktów bonusowych.
  2. Można tworzyć mnóstwo punktów nie mających fizycznej reprezentacji, a jedyną drogą do ich eleminacji jest społecznościowy mechanizm kasowania nieużytecznych, wprowadzających w błąd itp. Jest to wystarczające dla niskozasięgowego serwisu skupiającego pasjonatów, ale wyobraźmy sobie, że użytkowników będzie więcej, a wśród nich nieuczciwi konkurenci lokalnych biznesów – i kłopot z prawdziwością punktów gotowy.
  3. Można wreszcie bez prawie żadnej weryfikacji przejmować „kontrolę” nad poszczególnymi miejscami, logując się w nich odpowiednio długo i często i stając się wirtualnymi burmistrzami.

Foursquare

Nie lepiej jest niestety w przypadku Facebook Places. Tu też można popisać się dowolnością w tworzeniu nieistniejących miejsc (nie dotyczy aplikacji na iPhone, która działa bardzo niestabilnie), ale przynajmniej trudniej  jest zalogować się na odległość. Najmocniejszy pod względem prawdziwości danych i lokacji jest Google Places. Tu poczujemy się jak pod opieką kuratora sądowego: nie można prawie nic, poza zameldowaniem się w istniejących miejscach.

Według mnie tak zdefiniowane funkcjonalności nie będą sprzyjać rozwojowi usług marketingowych opartych o serwisy geolokalizacyjne. Im więcej informacji dostępnych za ich pośrednictwem pochodzi z deklaracji użytkowników, tym jest on mniej wiarygodny, przynajmniej do osiągnięcia pewnej masy krytycznej. Jakiej? trudno powiedzieć, ale przykład Wikipedii pokazuje, że można dbać o  coraz większą wiarygodność wpisów, angażując dużo wolontariuszy, wśród których tylko niektórzy to oszuści lub żartownisie.

Mam nadzieję, że ten krótki raport z  niedoskonałych aplikacji pozostawił Was w niedosycie. Ciekaw jestem Waszych opinii i doświadczeń.

PS: Kończyłem już ten wpis, gdy mój wzrok zsunął się na dół strony, do sekcji geolokalizacji wpisów w WordPress. I okazało się, że system uznał, że jestem aktualnie w Krakowie, na ulicy Lubicz. Co tam bilokacja! Mnie udało  się więc być w trakcie tego wieczora w czterech miejscach na raz. Czego i Państwu życzę!

 

Reklamy