Związki robotów?

Posted on 2016/03/13

0


Wkurza mnie krótkowzroczność związków zawodowych.

Dziś zajmują się wiekiem emerytalnym, ośmiogodzinnym dniem i czterdziestogodzinnym tygodniem pracy, trzynastkami górników. Nie zdają sobie sprawy, że każdy robot będzie pracować bez szemrania na e-śmieciówce. Opowiadają swoim członkom bajki o świętej płacy minimalnej, a nie zdają sobie sprawy, że być może już za kilkanaście lat może nie być płacy dla ludzi wcale. Powstaną fabryki, w których nawet sprzątacze będą robotami. I co wtedy powiedzą swoim członkom działacze?

Część futurologów zapowiada, że wkrótce praca będzie dla wielu ludzi luksusem. Reszta – czyli niepracująca większość – będzie wegetować na granicy ubóstwa, ciesząc się z zasiłków, nie pozwalających rozwijać się w pełni. Łatwo będzie wtedy manipulować sfrustrowanymi masami, a bunty, podobne do tych z pierwszej rewolucji przemysłowej, mogą być na porządku dziennym. W takiej sytuacji związkowcom nie pozostanie nic innego jak zatrudniać crackerów, żeby włamywali się do systemów sterowania robotami przemysłowymi i w ten sposób sabotować automatyczne fabryki. Inwestorzy nie pozostaną dłużni i mamy gotowy przepis na prawdziwą walkę klas. I nie trzeba terminatorów, by zwyciężyć masy biedoty. Wystarczy na pół roku wyłączyć prąd i zabrać wodę z kranów.

Nie wierzycie, że to scenariusz jedynie na film katastroficzny? Gratuluję dobrego nastroju. Zgodnie z prawem Murhy’ego jeśli coś może pójść źle – pójdzie źle. Możliwe są zamieszki, wojny, zamachy, bojkoty, rewolucje, krucjaty i nuklearna zima. Czy można tego wszystkiego uniknąć?

 

Gdyby działacze związkowi mieli trochę oleju w głowie, już dziś lobbowaliby za konstytucyjnymi gwarancjami parytetów zatrudnienia ludzi i robotów. Jak miałyby wyglądać takie parytety, skoro roboty mogą pracować 24 godziny na dobę i nie potrzebują urlopów? Może trzeba wyceniać pracę maszyny w odniesieniu do możliwości człowieka? Może trzeba wymyśleć jakąś jednostkę przeliczeniową, bo przecież roboty są różne?

Być może. Ja jednak proponuję system, który pomija wszystkie te trudności i łamańce. Wystarczy wprowadzić przepis, że każdy robot musi być adoptowany przez człowieka. Taki człowiek – patron – dbałby o robocie zdrowie, zapewniając regularne przeglądy techniczne. Dbałby też o rozwój intelektualny, aktualizując oprogramowanie swojego podopiecznego. Emocjonalny rozwój zapewniałyby długie dyskusje o sztuce i filozofii – w końcu chcemy, by w naszych fabrykach pracowały jednostki wszechstronnie rozwinięte. Osobiście chciałbym mieć pod opieką robota produkującego ciasteczka. Kremowe, puszyste, wilgotne i z wisienką na górze. Byłbym surowym, ale sprawiedliwym testerem nowych smaków i kształtów. Pucowałbym szmatką błyszczące części, a wieczorami czytałbym mu książki Ćwierczakiewiczowej. Idylla trwałaby pewnie aż do chwili mojej przeprowadzki do rezerwatu. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

 

 

 

Reklamy