Cui bono?

Posted on 2016/06/20

0


Gdy zniknie już człowiek, stwórca SkyNetu, pojawi się pytanie: po co te wszystkie roboty i algorytmy, skoro nie ma dla kogo pracować i zarabiać bitcoinów?
Bocian czarnodzioby (Ciconia boyciana) to zagrożony wymarciem gatunek dużego ptaka brodzącego z rodziny bocianów (Ciconiidae), zamieszkujący wschodnią Azję. To bliski krewny naszego bociana białego. Jego niegdyś duże populacje wyginęły z powodu polowań i dewastacji naturalnych siedlisk. Winny jest człowiek, a właściwie jego chęć ekspansji i technologicznego ujarzmiania natury.
Roboty i inteligentne algorytmy zastąpią ludzi, to już pewne. Pisałem o tym już w „Computerworldzie”, pisali inni i gdzie indziej, wołają o tym futurolodzy na całym świecie. Nuda.

Są to wizje czarne, solidnie katastroficzne, lubujące się w beznadziei. Skoro do 2025 r. ma zniknąć może nawet połowa ze znanych nam zawodów, to katastrofa jest blisko, bo roboty zabiorą nam nie tylko pracę, ale też rozrywki, inwestycje, edukację, a wreszcie środki do życia. Czeka nas więc wegetacja, o ile jakiś algorytm nie stwierdzi wcześniej, że jesteśmy zbędnym robactwem na planecie. Ten nurt teorii społecznych można krótko scharakteryzować tak: rozwinięta cywilizacja rozwinie się jeszcze bardziej, eliminując element białkowy, czyli człowieka. Ale gdy zniknie już człowiek, stwórca SkyNetu, pojawi się pytanie: po co te wszystkie roboty i algorytmy, skoro nie ma dla kogo pracować i zarabiać bitcoinów? Jak długo roboty giełdowe mogą grać na zwyżkę dolara i zniżkę ropy, skoro nie ma już sklepów i stacji benzynowych, bo nie ma za co kupować ani po co jeździć po świecie? Znikający człowiek spowoduje więc zniknięcie inteligentnych robotów, chyba że znajdzie się jakiś inny cel jego istnienia.

Drugi nurt to klęska cywilizacji na skutek przeludnienia, skażenia środowiska i wyczerpania zasobów. Tu nam roboty raczej nie pomogą. Gdy już skończy się ropa, zboże i pitna woda, wybijemy się nawzajem w konfliktach na głowice atomowe, a potem na maczugi. Upadek cywilizacji człowieka nastąpi w bólu i chorobach. W tym przypadku jest nadzieja dla wąskiej garstki zwolenników survivalu, którzy przygotowani do postapokaliptycznej rzeczywistości nauczą się sami bez nawozów i środków ochrony roślin uprawiać rośliny jadalne i bez antybiotyków hodować zwierzęta, wracając do trybu rolniczego albo nawet zbieracko-łowieckiego. Zainteresowanych takim mitem odsyłam do niedawno wydanej w Polsce książki Dylana Evansa, który w 2006 r. sprzedał dom z wyposażeniem i wraz z grupą zwerbowaną przez internet założył w oddalonej od cywilizacji szkockiej głuszy osadę, a jej mieszkańcy mieli szybko nauczyć się naturalnego pozyskiwania żywności i radzenia sobie z postcywilizacyjną rzeczywistością. „Eksperyment Utopia” pokazuje jednak, że mityczny „powrót do natury” może okazać niemożliwy, gdy w pobliżu nie ma dobrze zaopatrzonego Tesco, krzaki nie chcą rosnąć, a na głowę pada deszcz, bo pozornie odporne na wszystko jurty okazują się zatęchłą prowizorką. Autor i kierownik eksperymentu ląduje zresztą w szpitalu psychiatrycznym, dając przestrogę ekscentrycznym potencjalnym naśladowcom.

W obu przypadkach mamy jako ludzkość nie najweselszą perspektywę. Dopóki jednak gatunek ludzki istnieje, oddaje się nie tylko rozpuście i propagacji genów, ale i filozofii. A ta nakazuje zapytać: komu to wszystko służy? No i zaczynają się problemy. Nawet jeśli założymy, że to wąska grupa przemysłowców i bankierów chce wyludnić Ziemię, by w wąskim gronie cieszyć się pięknem odrodzonej przyrody, poganiając automatycznych niewolników spełniających zachcianki przedłużających życie w nieskończoność, to takie myślenie ma krótkie nogi. Bez rzesz klientów kupujących masowo produkty cywilizacji raczej nie ma mowy o długotrwałym bogactwie.

Kto więc stoi za nieuchronną klęską ludzkiej cywilizacji technicznej? Klęską, która spowoduje radykalną poprawę ekologicznej kondycji naszej planety, odwróci procesy erozji, może nawet zatrzyma globalne ocieplenie? Kto poświęci miliardy istnień ludzkich, by gatunki takie jak bocian czarnodzioby miały szansę przetrwania?

Stara rzymska zasada mówi: „cui bono, qui prodest” – „czyja korzyść, tego sprawka”, co można swobodnie przetłumaczyć: ten, kto czerpie korzyści z danego zdarzenia, jest zapewne

Mam Was, ekolodzy!

Felieton ten ukazał się w Computerworld.pl 

Reklamy
Posted in: Uncategorized