Szlaczki w służbie postępu

Posted on 2016/11/01

0


W filmach science fiction czasem zdarza się taka schematyczna sytuacja: na skutek jakiegoś zdarzenia fizycznego następuje „przerwanie ciągłości czasoprzestrzeni” i świat „zrównolegla się”, czyli nasze wszystkie ziemskie sprawy zostają pomnożone w bliźniaczych rzeczywistościach i zaczynają żyć swoim życiem. Początkowo oba światy różnią się jedynie szczegółami, ale wraz z upływem czasu różnice powiększają się tak bardzo, że rozwój wypadków i losy zamieszkujących je postaci rozjeżdżają się dramatycznie. Na przykład w jednym świecie rozwija się energetyka wodorowa, a w drugim następuje powrót do drewnianych grodów.

Wtedy właśnie poznajemy dramat głównego bohatera. Na skutek przesilenia energetyczno-fizyczno-magicznego albo pojawienia się innej dziury w materii wszechświata przeskakuje on z jednego świata do drugiego i zaczyna się karuzela nieciekawych, przykrych i groźnych zdarzeń. Różnice powodują, że nie ma niektórych zdobyczy cywilizacyjnych, jakie w „normalnym” świecie pozwoliłyby żyć względnie wygodnie i bezpiecznie. Ale w świecie docelowym ich nie ma. Trzeba sobie poradzić z ich brakiem, więc bohater podejmuje różne próby okiełznania niesprzyjających uwarunkowań. Jeśli film pochodzi z Hollywood, to wszystko kończy się szczęśliwie, choć droga do tego jest wyboista i pełna niebezpieczeństw. W finale wszystko wraca na swoje miejsce, a jeśli coś nie pasuje, to znaczy, że będzie kolejna część. W kinematografii europejskiej taka sytuacja najczęściej prowadzi do ogólnej katastrofy, na której zgliszczach kiedyś, za sto lat, powstanie nowa cywilizacja, pełna szczęścia i pomna, by nie igrać z fizyką (np. nie budować takich konstrukcji jak akcelerator cząstek).

Jest jeden szczegół, który zwykle przykuwa moją uwagę, gdy zdarzy mi się obejrzeć film w takich schemacie. Otóż główny bohater przeniesiony do świata, w którym brakuje zdobyczy cywilizacji zwykle pamięta dokładnie, co utracił. Te komputery, komórki, fastfoody, samoloty i kosmiczne podróże – wszystko, co ułatwia życie. Zamiast tego musi zmagać się z przaśną rzeczywistością, w której wyleczenie anginy to cud, a elektryczność dopiero raczkuje.

Zastanawiam się, kiedy ja przeżyłem wybuch, w którego wyniku przeniosłem się do równoległej rzeczywistości. Myślę, że to musiało być tak duże wydarzenie, że jeszcze jestem w szoku, bo nie pamiętam. A jednak coś mi nie pasuje i jedynie tąpnięcie w czasoprzestrzeni może wyjaśnić nietypowe zdarzenie, którego byłem świadkiem. Otóż jeden z moich facebookowych znajomych (na szczęście w mojej równoległej rzeczywistości jest jeszcze Facebook) napisał, że w szkole jego dziecka ogłoszono kryteria ocen z różnych przedmiotów. Niby niewinna informacja, ale czujność mnie nie zawiodła: coś jest nie tak. Otóż znajomy napisał, że „z zajęć z informatyki będą wystawiane też oceny za prowadzenie zeszytu”.

Witajcie w równoległej rzeczywistości!

Tekst ukazał się w Computerworld 10.2016 1

Reklamy
Posted in: Uncategorized